Zlot zakończony sukcesem - tak można by podsumować ostatnie spotkanie
Czerwonych w Murzasichlu. Czterodniowa impreza z liverpoolską familią
przemknęła błyskawicznie. Moja podróż na zlot zaczęła się już w
czwartkowy poranek. Pociąg o siódmej rano, meldunek o 9.30 w Krakowie i
śniadanie w oczekiwaniu na Smyka. Nasz naczelny (jeszcze) pojawił się
krótko po 10.30 i, rozmawiając o Liverpoolu, czekaliśmy jeszcze na
Szmajchela. W busie do Kalwarii, gdzie na miejscowym dworcu czekali na
nas Paulinqa z Marcinem, dalej rozprawialiśmy o LFC, dopóki Szmajchi
nie zasnął. Cóż, zmęczył się podróżą :P
Kiedy zasiedliśmy wygodnie w paulinqowo-marcinowym samochodzie, od razu
zabraliśmy się za toasty. Podróż bez piwa jest podróżą straconą, a w
tak doborowym towarzystwie złocisty napój jeszcze bardziej rozkręcił
nasze i tak dobre nastroje. Cieszyłem się, bardzo, bo trzy
lata przerwy wzmogło mój apetyt na takie spotkanie z Czerwoną Familią.
Postój przy klubie nocnym "Pokusa" był okazją do zrobienia sobie
pierwszej słitaśnej foci z naszą wesołą gromadką.
W końcu po dwóch godzinach jazdy dojechaliśmy do Murzasichla, gdzie
ładnie przywitał nas Deathman i ulokował w pokojach. Mi przypadł pokój
nr 17, który okupowałem wraz z Sochalem, Stevenem i młodymi Yodami. Po
przywitaniu się z kolejnymi przybywającymi tłumnie zlotowiczami,
zaczęliśmy integrację. Najpierw wycieczka do sklepu i lodówki po
chmielową zupkę, aby następnie zjeść obiadokolację i zacząć zbierać
siły na wyjazd do Zakopanego do pubu na mecz z Trabzonsporem.
Przywdzialiśmy barwy i około godziny 20 uderzyliśmy busami do "Warki"
na Krupówkach. Oczywiście nie mogło zabraknąć śpiewów, które rozpoczęły
się już w ośrodku i ucichły dopiero późnymi godzinami nocnymi w
ośrodku. Sam mecz przysporzył nam również nie lada emocji. Kiedy
weszliśmy do knajpy rozśpiewani, ludzie mieli nietęgie miny. Pewnie
myśleli, że Angole zrobiły najazd i rozwalą knajpę, ale ani nam to nie
było w głowie. Zajęliśmy swoje miejsca i zaczęliśmy donośny doping.
Nasi chłopcy na boisku robili, co mogli, aby zadowolić kibiców i w
końcu po wielu próbach udało się strzelić bramkę na 1:0. Strzelcem gola
był Ryan Babel, który wykorzystał dobre dogranie Joe Cole'a. Ex-Chelsea
player zrewanżował się tą asystą za niewykorzystanie rzutu karnego. W
drugiej połowie urwało nam transmisję na pięć minut, więc razem z
Hammillem zabraliśmy się za pogawędkę z miejscowymi dziewojami. Rozmowa
szła całkiem sympatycznie, aż nie zauważyliśmy, jak mecz się nam
skończył i trzeba było zbierać się do ośrodka. Jeszcze tylko szybki
posiłek na Krupówkach i można było pakować się do busów i samochodów,
po drodze śpiewając donośnie i ciesząc się z wygranej The
Reds. Ekipa samochodowa również dotarła do miejsca naszego noclegu.
Wychodząc
z samochodu, zapomnieli jednak o naszym Kubełku, który smacznie sobie
spał, dopóki po godzinie ktoś sobie o nim nie przypomniał i wypuścił na
dalsze balowanie. W ośrodku imprezy przeniosły się do poszczególnych
pokojów. Tej nocy królował pokój Yody...
Piątkowy poranek zaczął się od śniadania, które było wyborne. Tuz po
nim zebraliśmy się na Walne Zebranie Członków Fan Klubu, gdzie
ustaliliśmy kolejne założenia działania naszego stowarzyszenia. Powrót
do ośrodka i oczekiwanie na obiad umiliły nam wspólne rozmowy. Leszek
zaskoczył wszystkich tym, że Poulsen w spotkaniu LE strzelił bramkę.
Podchodził do każdego i pytał się, czy wiemy, że Duńczyk zdobył bramkę.
No jak, przecież Babel strzelił gola, więc o co chodzi? Każdy miał
miny, które trudno opisać i od razu odpowiadał siarczystym: „no co Ty?
Żartujesz sobie?” Okazało się to jednak prawdą, bo w momencie, w którym
przerwało nam transmisję, Poulsen rzeczywiście zdobył gola, ale sędzia
go nie uznał. Cóż, zdarza się. Po obiadku zdecydowaliśmy się na siestę
na zewnątrz, było kulturalnie. Posiedzenia na trawce wraz z
Paulinqą, Ewką i Smykiem pozwalały nam na raczenie się widokami gór i
delektowaniem się atmosferą. Nasza miejscówka, nazwana Królestwem
Meneli, była bardzo zacna. Bo wszyscy jesteśmy menelami :P
Piątkowy wieczór rozpoczął się grillem, gdzie nie mogło zabraknąć quizu
z wiedzy o Liverpool FC. Nasza drużyna, "The Menels" w składzie ja,
Paulinqa, Marcin i Steve zajęła trzecie miejsce, odpowiadając zaledwie
na dwa pytania. 11-0 i John McMahon dali nam miejsce na pudle, bo
pytania które nam się trafiały, były wyjątkowo trudne. Wiedzieliśmy
odpowiedzi (a właściwie Stevie wiedział większość) na pytania
pozostałych grup, ale nie mogliśmy przejmować pytań. Ostatecznie
wygrała drużyna Emerytów i Rencistów przed Kulturalnymi Kibicami. Nam,
jako nagrody, przydały budziki LFC. Mam tylko nadzieję, że będą budzić
dźwiękami YNWA, a nie upierdliwym dzwonieniem. Po quizie nastał czas na
chrzest nowych fanów, a ich zadaniem było odśpiewanie hymnu. Przy
naszym akompaniamencie zadanie zostało wykonane, a kolejne przyśpiewki,
łącznie z pięknym odśpiewaniem beatlesowskiej „Hey Jude”, niosły się
donośnie przez chyba całą miejscowość.
W sobotę wstałem wyjątkowo wcześnie. Nie mogłem doczekać się przecież
już wyjścia na zielona murawę. Zresztą każdy żył tym spotkaniem. Około
godziny 10 wraz z Paulinqą, Sochalem i nami "Anglikami", pojechaliśmy
na boisko do Zakopanego. Okazało się to drogą przez mękę, ponieważ
wybraliśmy Zakopiankę, jako naszą trasę. Wyjechaliśmy pierwsi, a
dojechaliśmy ostatni i spóźnieni, gdyż na drodze były potężne korki.
Ale atmosfera w aucie była wyborna, więc pomimo korków jechało się
przyjemnie, zwłaszcza kiedy Paulinqa uruchamiała wuwuzelę. Ten
irytujący dźwięk z MŚ w RPA był powodem naszego głośnego śmiechu, w
szczególności, kiedy Pauli trąbiła przez okno na ludzi idących po
chodnikach.
W końcu jednak dotarliśmy na boisko/. Szybka rozgrzewka i rozpoczęliśmy
spotkanie. Ja grałem gościnnie w barwach Północy i grało mi się całkiem
dobrze. Kilka dobrych interwencji na początku spotkania rozwiało moje
wątpliwości, co do mojej formy. Bo obawiałem się trochę, zwłaszcza po
środowej gierce na 8LO, gdzie nie czułem dobrze piłki w rękach. A w
Zakopanem wręcz przeciwnie, dobrze dyrygowałem obroną, dobrze kleiłem,
co miałem obronić, to obroniłem. Niestety, po 15 minutach grania nasza
ekipa zaczęła odstawać kondycyjnie od drużyny Południa i zaczęliśmy
bezsensownie tracić piłkę, co okazało się zabójcze dla nas. Szybko
strzelone dwie bramki przez Południe sprawiły, że nasze morale
poleciało w dół. Morale popsuły również niewykorzystane sytuacje i
parady Juniora, szczególnie ta po główce Yody. Przecież ta piłka była
już w sieci, a jednak Junior ją wyciągnął i wybił na róg. Następnymi
powodami spadku żywotności naszej drużyny były króciutka ławka
rezerwowych i dwa moje błędy, które ustaliły wynik do przerwy na 4:0.
Pluję sobie w mordę tymi piłkami, bo przeszły mi pod pachą. Szybka
dolna piłka powinna być moja, a niestety wpadła do sieci. Kości
trzeszczały, nikt nogi nie odstawał, co stało się wynikiem spięcia
między Sochalem a Otim. Piotrek zbyt ostro zaatakował Otiego, przez co
Robert miał ochotę Sochalkowi wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę.
Na szczęście obeszło się bez dodatkowych uszkodzeń ciała i
kontynuowaliśmy spotkanie.
Przerwa w grze nie przyniosła zmiany w naszych szeregach. Wyszliśmy na
boisko trochę ospali, ale szybka gra Południa obudziła naszych.
Szmajchel po pierwszej, trochę bezbarwnej połowie, zaczął przecinać
każdą akcję, niczym Mascherano w meczu z Arsenalem. Młody Yoda, który
po kontuzji Hammilla stał się naszym podstawowym obrońcą również dawał
radę, kilka razy skutecznie blokując JJ'a, który przecież do słabiaków
nie należy. Wręcz przeciwnie, to taki nasz Gattuso. Ja ze swojej strony
miałem trochę roboty i, po dość niemądrym zagraniu Yody, stanąłem oko w
oko z Juniorem, który strzelał mi karnego. Udało mi się go obronić,
przez co nie straciliśmy kolejnej bramki. Jednak chwilę później
dostaliśmy kolejne trzy siatki po indywidualnych akcjach i wynik
brzmiał już 7:0. Z nieukrywaną satysfakcją wyczekiwałem końcowego
gwizdka, choć pod koniec musiałem się jeszcze wykazać umiejętnościami,
gdyż zrobiło się gorąco. Na przedpolu piłkę dostał JJ i huknął z całej
siły. Udało mi się wystawić lewą rękę i piłka odbiła się od mojej
dłoni. Niestety upadła pod nogi Kamila, który, nie zastanawiając się,
uderzył z pierwszej piłki, ale to również udało mi się odbić na bok.
Nasi obrońcy jakby zaspali, bo nikt nie dobiegł do futbolówki i znów
groźny strzał z Południa zmierzał w naszą bramkę, ale i to jakoś
odbiłem w końcu tak, że wypadła za linię i mogłem rozpocząć od rzutu
bramkowego. Po wykopie piłki rozbrzmiał ostatni gwizdek i tym razem
Południe cieszyło się z wygranego spotkania. Cóż, należało się im,
mieli więcej atutów i długą ławkę, więc grali cały czas na świeżości.
No, ale najważniejsza jest dobra zabawa, której nie zabrakło. W drodze
powrotnej do ośrodka razem z Paulinqą i Stevenem rozśmieszaliśmy się
wzajemnie wuwuzelą i wymyślaliśmy przyśpiewki, jakich to mamy słabych
zawodników. Jedna utkwiła mi w pamięci: „we’ve got the worst players in
the word! We’ve got Karas and Sochal, Stevie Hammill and Master in
gooooaaaal!”
Po regeneracji prysznicami i wybornym obiadkiem, czekaliśmy na wieczór,
kiedy to ponownie pobawiliśmy się wspólnie na grillu, racząc się pyszną
karkówką, kaszanką i wybornym chlebem ze smalcem, tustym czy fetem, jak
to w różnych kręgach kulturowych jest nazwane. Po kilku godzinach
zabawy przy grillu impreza przeniosła się do Playstation
Room, gdzie ogrywaliśmy się wzajemnie w Fifę. Granie
przedpołudniowe miało swoje magiczne chwile. Nauczyliśmy Paulinqę grać
w wirtualną piłkę i mimo że na początku niezbyt jej to wychodziło, z
każdym meczem nabierała doświadczenia. A jej radość spowodowana
strzeleniem bramki jest wręcz nie do opisania, tak szczęśliwej, to
chyba dawno jej nie widzieliśmy. Co prawda bramka strzelona przez nią
była bramką samobójczą, no ale jak się nie przewrócisz, to się nie
nauczysz. Coś o tym wiem. Oczywiście nie mogło też zabraknąć
tradycyjnego już chyba meczu Panathinaikos v Newcastle. Nie wiem,
dlaczego Stevie zagrał Grekami, ja wziąłem Newcastle ze względu na
sentyment do Cheryl Tweedy. Sentyment, jak to stwierdził nasz gość z
Wigan, stał się jednym z haseł zlotu. Nasza menelska ekipa będzie to
pamiętać :) jak i pozostałe magiczne sprawy.
Przede wszystkim Superstar Hammill, zwany również Gwiazdą Jupik Campu,
który był zakwaterowany w naszym ośrodku. Dzieciaki wprost oszalały na
punkcie Anglika, prosząc go o autografy i wspólne zdjęcia. Chyba mu
tego teraz brakuje. Wszystkie teksty o Dudim i Smyku też mają już
status kultowych, więc mamy co wspominać przy najbliższym spotkaniu.
Nasze biesiadowanie na trawie jest również niepowtarzalne, więc wydaje
mi się, że zostanie to wpisane w punkt następnego Zlotu.
Ostatni dzień Zlotu, to czas pożegnań i powrotów. Czas spędzony z
Czerwoną Familią zleciał cholernie szybko i już nie mogę doczekać się
kolejnej wspólnej imprezy z tymi wariatami. Powrót do Krakowa, próby
wysadzenia Smyka w niekonwencjonalny sposób i gra zespołowa w
„Milionerów” również zostaną w mojej pamięci na długi, długi czas. Miło
było spotkać znajome twarze, pogadać, wspólnie pośpiewać. Brakowało mi
tego strasznie i cieszę się, że w końcu, po trzech długich latach
nieobecności, mogłem się wreszcie pojawić. Papier niestety nie jest w
stanie oddać tego wszystkiego, co przeżyliśmy wspólnie. Na takim
spotkaniu trzeba po prostu być. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna
za te cudowne dni i już odliczam czas do kolejnego zlotu. Tym razem
pojawiamy się na Północy. I mam nadzieję odkuć się za porażkę w meczu ;)
You'll Never Walk Alone,
lads!
MasterLFC