VII Ogólnopolski Zlot Fanów Liverpool FC, Murzasichle 2010


Zlot zakończony sukcesem - tak można by podsumować ostatnie spotkanie Czerwonych w Murzasichlu. Czterodniowa impreza z liverpoolską familią przemknęła błyskawicznie. Moja podróż na zlot zaczęła się już w czwartkowy poranek. Pociąg o siódmej rano, meldunek o 9.30 w Krakowie i śniadanie w oczekiwaniu na Smyka. Nasz naczelny (jeszcze) pojawił się krótko po 10.30 i, rozmawiając o Liverpoolu, czekaliśmy jeszcze na Szmajchela. W busie do Kalwarii, gdzie na miejscowym dworcu czekali na nas Paulinqa z Marcinem, dalej rozprawialiśmy o LFC, dopóki Szmajchi nie zasnął. Cóż, zmęczył się podróżą :P

Murzasichle 2010 Kiedy zasiedliśmy wygodnie w paulinqowo-marcinowym samochodzie, od razu zabraliśmy się za toasty. Podróż bez piwa jest podróżą straconą, a w tak doborowym towarzystwie złocisty napój jeszcze bardziej rozkręcił nasze i tak dobre nastroje. Cieszyłem się, bardzo, bo trzy lata przerwy wzmogło mój apetyt na takie spotkanie z Czerwoną Familią. Postój przy klubie nocnym "Pokusa" był okazją do zrobienia sobie pierwszej słitaśnej foci z naszą wesołą gromadką.

W końcu po dwóch godzinach jazdy dojechaliśmy do Murzasichla, gdzie ładnie przywitał nas Deathman i ulokował w pokojach. Mi przypadł pokój nr 17, który okupowałem wraz z Sochalem, Stevenem i młodymi Yodami. Po przywitaniu się z kolejnymi przybywającymi tłumnie zlotowiczami, zaczęliśmy integrację. Najpierw wycieczka do sklepu i lodówki po chmielową zupkę, aby następnie zjeść obiadokolację i zacząć zbierać siły na wyjazd do Zakopanego do pubu na mecz z Trabzonsporem. Przywdzialiśmy barwy i około godziny 20 uderzyliśmy busami do "Warki" na Krupówkach. Oczywiście nie mogło zabraknąć śpiewów, które rozpoczęły się już w ośrodku i ucichły dopiero późnymi godzinami nocnymi w ośrodku. Sam mecz przysporzył nam również nie lada emocji. Kiedy weszliśmy do knajpy rozśpiewani, ludzie mieli nietęgie miny. Pewnie myśleli, że Angole zrobiły najazd i rozwalą knajpę, ale ani nam to nie było w głowie. Zajęliśmy swoje miejsca i zaczęliśmy donośny doping. Nasi chłopcy na boisku robili, co mogli, aby zadowolić kibiców i w końcu po wielu próbach udało się strzelić bramkę na 1:0. Strzelcem gola był Ryan Babel, który wykorzystał dobre dogranie Joe Cole'a. Ex-Chelsea player zrewanżował się tą asystą za niewykorzystanie rzutu karnego. W drugiej połowie urwało nam transmisję na pięć minut, więc razem z Hammillem zabraliśmy się za pogawędkę z miejscowymi dziewojami. Rozmowa szła całkiem sympatycznie, aż nie zauważyliśmy, jak mecz się nam skończył i trzeba było zbierać się do ośrodka. Jeszcze tylko szybki posiłek na Krupówkach i można było pakować się do busów i samochodów, po drodze śpiewając donośnie i ciesząc się z wygranej The Reds. Ekipa samochodowa również dotarła do miejsca naszego noclegu. Wychodząc z samochodu, zapomnieli jednak o naszym Kubełku, który smacznie sobie spał, dopóki po godzinie ktoś sobie o nim nie przypomniał i wypuścił na dalsze balowanie. W ośrodku imprezy przeniosły się do poszczególnych pokojów. Tej nocy królował pokój Yody...

Piątkowy poranek zaczął się od śniadania, które było wyborne. Tuz po nim zebraliśmy się na Walne Zebranie Członków Fan Klubu, gdzie ustaliliśmy kolejne założenia działania naszego stowarzyszenia. Powrót do ośrodka i oczekiwanie na obiad umiliły nam wspólne rozmowy. Leszek zaskoczył wszystkich tym, że Poulsen w spotkaniu LE strzelił bramkę. Podchodził do każdego i pytał się, czy wiemy, że Duńczyk zdobył bramkę. No jak, przecież Babel strzelił gola, więc o co chodzi? Każdy miał miny, które trudno opisać i od razu odpowiadał siarczystym: „no co Ty? Żartujesz sobie?” Okazało się to jednak prawdą, bo w momencie, w którym przerwało nam transmisję, Poulsen rzeczywiście zdobył gola, ale sędzia go nie uznał. Cóż, zdarza się. Po obiadku zdecydowaliśmy się na siestę na zewnątrz,  było kulturalnie. Posiedzenia na trawce wraz z Paulinqą, Ewką i Smykiem pozwalały nam na raczenie się widokami gór i delektowaniem się atmosferą. Nasza miejscówka, nazwana Królestwem Meneli, była bardzo zacna. Bo wszyscy jesteśmy menelami :P

Piątkowy wieczór rozpoczął się grillem, gdzie nie mogło zabraknąć quizu z wiedzy o Liverpool FC. Nasza drużyna, "The Menels" w składzie ja, Paulinqa, Marcin i Steve zajęła trzecie miejsce, odpowiadając zaledwie na dwa pytania. 11-0 i John McMahon dali nam miejsce na pudle, bo pytania które nam się trafiały, były wyjątkowo trudne. Wiedzieliśmy odpowiedzi (a właściwie Stevie wiedział większość) na pytania pozostałych grup, ale nie mogliśmy przejmować pytań. Ostatecznie wygrała drużyna Emerytów i Rencistów przed Kulturalnymi Kibicami. Nam, jako nagrody, przydały budziki LFC. Mam tylko nadzieję, że będą budzić dźwiękami YNWA, a nie upierdliwym dzwonieniem. Po quizie nastał czas na chrzest nowych fanów, a ich zadaniem było odśpiewanie hymnu. Przy naszym akompaniamencie zadanie zostało wykonane, a kolejne przyśpiewki, łącznie z pięknym odśpiewaniem beatlesowskiej „Hey Jude”, niosły się donośnie przez chyba całą miejscowość.

W sobotę wstałem wyjątkowo wcześnie. Nie mogłem doczekać się przecież już wyjścia na zielona murawę. Zresztą każdy żył tym spotkaniem. Około godziny 10 wraz z Paulinqą, Sochalem i nami "Anglikami", pojechaliśmy na boisko do Zakopanego. Okazało się to drogą przez mękę, ponieważ wybraliśmy Zakopiankę, jako naszą trasę. Wyjechaliśmy pierwsi, a dojechaliśmy ostatni i spóźnieni, gdyż na drodze były potężne korki. Ale atmosfera w aucie była wyborna, więc pomimo korków jechało się przyjemnie, zwłaszcza kiedy Paulinqa uruchamiała wuwuzelę. Ten irytujący dźwięk z MŚ w RPA był powodem naszego głośnego śmiechu, w szczególności, kiedy Pauli trąbiła przez okno na ludzi idących po chodnikach.
W końcu jednak dotarliśmy na boisko/. Szybka rozgrzewka i rozpoczęliśmy spotkanie. Ja grałem gościnnie w barwach Północy i grało mi się całkiem dobrze. Kilka dobrych interwencji na początku spotkania rozwiało moje wątpliwości, co do mojej formy. Bo obawiałem się trochę, zwłaszcza po środowej gierce na 8LO, gdzie nie czułem dobrze piłki w rękach. A w Zakopanem wręcz przeciwnie, dobrze dyrygowałem obroną, dobrze kleiłem, co miałem obronić, to obroniłem. Niestety, po 15 minutach grania nasza ekipa zaczęła odstawać kondycyjnie od drużyny Południa i zaczęliśmy bezsensownie tracić piłkę, co okazało się zabójcze dla nas. Szybko strzelone dwie bramki przez Południe sprawiły, że nasze morale poleciało w dół. Morale popsuły również niewykorzystane sytuacje i parady Juniora, szczególnie ta po główce Yody. Przecież ta piłka była już w sieci, a jednak Junior ją wyciągnął i wybił na róg. Następnymi powodami spadku żywotności naszej drużyny były króciutka ławka rezerwowych i dwa moje błędy, które ustaliły wynik do przerwy na 4:0. Pluję sobie w mordę tymi piłkami, bo przeszły mi pod pachą. Szybka dolna piłka powinna być moja, a niestety wpadła do sieci. Kości trzeszczały, nikt nogi nie odstawał, co stało się wynikiem spięcia między Sochalem a Otim. Piotrek zbyt ostro zaatakował Otiego, przez co Robert miał ochotę Sochalkowi wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. Na szczęście obeszło się bez dodatkowych uszkodzeń ciała i kontynuowaliśmy spotkanie.

Murzasichle 2010 Przerwa w grze nie przyniosła zmiany w naszych szeregach. Wyszliśmy na boisko trochę ospali, ale szybka gra Południa obudziła naszych. Szmajchel po pierwszej, trochę bezbarwnej połowie, zaczął przecinać każdą akcję, niczym Mascherano w meczu z Arsenalem. Młody Yoda, który po kontuzji Hammilla stał się naszym podstawowym obrońcą również dawał radę, kilka razy skutecznie blokując JJ'a, który przecież do słabiaków nie należy. Wręcz przeciwnie, to taki nasz Gattuso. Ja ze swojej strony miałem trochę roboty i, po dość niemądrym zagraniu Yody, stanąłem oko w oko z Juniorem, który strzelał mi karnego. Udało mi się go obronić, przez co nie straciliśmy kolejnej bramki. Jednak chwilę później dostaliśmy kolejne trzy siatki po indywidualnych akcjach i wynik brzmiał już 7:0. Z nieukrywaną satysfakcją wyczekiwałem końcowego gwizdka, choć pod koniec musiałem się jeszcze wykazać umiejętnościami, gdyż zrobiło się gorąco. Na przedpolu piłkę dostał JJ i huknął z całej siły. Udało mi się wystawić lewą rękę i piłka odbiła się od mojej dłoni. Niestety upadła pod nogi Kamila, który, nie zastanawiając się, uderzył z pierwszej piłki, ale to również udało mi się odbić na bok. Nasi obrońcy jakby zaspali, bo nikt nie dobiegł do futbolówki i znów groźny strzał z Południa zmierzał w naszą bramkę, ale i to jakoś odbiłem w końcu tak, że wypadła za linię i mogłem rozpocząć od rzutu bramkowego. Po wykopie piłki rozbrzmiał ostatni gwizdek i tym razem Południe cieszyło się z wygranego spotkania. Cóż, należało się im, mieli więcej atutów i długą ławkę, więc grali cały czas na świeżości. No, ale najważniejsza jest dobra zabawa, której nie zabrakło. W drodze powrotnej do ośrodka razem z Paulinqą i Stevenem rozśmieszaliśmy się wzajemnie wuwuzelą i wymyślaliśmy przyśpiewki, jakich to mamy słabych zawodników. Jedna utkwiła mi w pamięci: „we’ve got the worst players in the word! We’ve got Karas and Sochal, Stevie Hammill and Master in gooooaaaal!”

Po regeneracji prysznicami i wybornym obiadkiem, czekaliśmy na wieczór, kiedy to ponownie pobawiliśmy się wspólnie na grillu, racząc się pyszną karkówką, kaszanką i wybornym chlebem ze smalcem, tustym czy fetem, jak to w różnych kręgach kulturowych jest nazwane. Po kilku godzinach zabawy przy grillu impreza przeniosła się do  Playstation Room, gdzie  ogrywaliśmy się wzajemnie w Fifę. Granie przedpołudniowe miało swoje magiczne chwile. Nauczyliśmy Paulinqę grać w wirtualną piłkę i mimo że na początku niezbyt jej to wychodziło, z każdym meczem nabierała doświadczenia. A jej radość spowodowana strzeleniem bramki jest wręcz nie do opisania, tak szczęśliwej, to chyba dawno jej nie widzieliśmy. Co prawda bramka strzelona przez nią była bramką samobójczą, no ale jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Coś o tym wiem. Oczywiście nie mogło też zabraknąć tradycyjnego już chyba meczu Panathinaikos v Newcastle. Nie wiem, dlaczego Stevie zagrał Grekami, ja wziąłem Newcastle ze względu na sentyment do Cheryl Tweedy. Sentyment, jak to stwierdził nasz gość z Wigan, stał się jednym z haseł zlotu. Nasza menelska ekipa będzie to pamiętać :) jak i pozostałe magiczne sprawy.

Przede wszystkim Superstar Hammill, zwany również Gwiazdą Jupik Campu, który był zakwaterowany w naszym ośrodku. Dzieciaki wprost oszalały na punkcie Anglika, prosząc go o autografy i wspólne zdjęcia. Chyba mu tego teraz brakuje. Wszystkie teksty o Dudim i Smyku też mają już status kultowych, więc mamy co wspominać przy najbliższym spotkaniu. Nasze biesiadowanie na trawie jest również niepowtarzalne, więc wydaje mi się, że zostanie to wpisane w punkt następnego Zlotu.

Murzasichle 2010 Ostatni dzień Zlotu, to czas pożegnań i powrotów. Czas spędzony z Czerwoną Familią zleciał cholernie szybko i już nie mogę doczekać się kolejnej wspólnej imprezy z tymi wariatami. Powrót do Krakowa, próby wysadzenia Smyka w niekonwencjonalny sposób i gra zespołowa w „Milionerów” również zostaną w mojej pamięci na długi, długi czas. Miło było spotkać znajome twarze, pogadać, wspólnie pośpiewać. Brakowało mi tego strasznie i cieszę się, że w końcu, po trzech długich latach nieobecności, mogłem się wreszcie pojawić. Papier niestety nie jest w stanie oddać tego wszystkiego, co przeżyliśmy wspólnie. Na takim spotkaniu trzeba po prostu być. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za te cudowne dni i już odliczam czas do kolejnego zlotu. Tym razem pojawiamy się na Północy. I mam nadzieję odkuć się za porażkę w meczu ;)

You'll Never Walk Alone, lads!
MasterLFC



Jeśli nie znalazłeś potrzebnej informacji na naszej stronie, napisz do nas pod adres: fanklublfc@fanklublfc.pl
Dowiedz się jak i kiedy to wszystko się zaczęło, poczytaj o naszych wcześniejszych spotkaniach.

wiecej

Za pomocą jednego kliknięcia poznaj tych, którzy już zdecydowali się na wstąpienie do naszego Stowarzyszenia.

wiecej

All Rights Reserved, Wszelkie prawa zastrzeżone, Copryright @ 2008 FanklubLFC.pl
wiecej